Hiszpania nie była naszą miłością od pierwszego wejrzenia. Długo przekonywaliśmy się do hałasu na ulicach (ale jakże innego niż we Włoszech), do jedzenia (mnóstwo czasu poświęciliśmy na dotarcie do prawdziwej  hiszpańskiej kuchni, która nie byłaby „wszystkim” w panierce i wysuszoną paellą dla turystów) i bardzo mocnego zderzenia starego z nowoczesnością. To, co nas zachwycało od początku to piękne zachody słońca, ciepło i niezwykła architektura.
W zeszłym roku postanowiliśmy oswoić demona i wybraliśmy się na urlop do Malagi. No i… przepadliśmy bez reszty. Jest całkowicie inna od Barcelony (chociaż i ta ma swoje absolutnie genialne punkty), spokojniejsza, wolniejsza, bardziej przyjazna? Może to tylko urlopowa projekcja i nieograniczony czas na zwiedzania, może to ludzie, którzy pokazali nam ją od zupełnie innej strony, może to uliczny street art, a może genialna kuchnia w Los Gatos? W każdym bądź razie Hiszpanię pokochaliśmy i nie możemy doczekać się już, kiedy znowu tam polecimy.
Z Anią i Marcinem mieliśmy okazję zwiedzić jeszcze jedno miejsce – białe miasteczko Mijas. Praktycznie puste, genialnie usytuowane i tak piękne, że nie chcieliśmy z niego wyjeżdżać. Stało się zjawiskowym tłem dla ich sesji narzeczeńskiej. Nie możemy doczekać się już sierpnia i ich ślubu w Polnej Zdrój (kolejnego miejsca z naszej listy marzeń).
Nawet nie wiecie jak takie doświadczenia otwierają nam umysły i oczy. Z każdą wyprawą zwracamy jeszcze większą uwagę na kolor, światło, kształty i ludzi – wesołych, pełnych energii, gotujących, rozmawiających, pijących wino, doceniających przyjaźń, szanujących rodzinę i tradycję. Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że nic nie rozwija tak jak podróżowanie na własną rękę, ale tylko jeśli otworzycie się na dogłębne poznawanie miejsc, w których będziecie mogli się znaleźć. To prawdziwy przywilej.